JAK PRZEŻYĆ I PROSPEROWAĆ
POMIMO PAŃSTWA, SOCJALIZMU I KRYZYSU

Metale szlachetne


Aktualne ceny spot, 24h
1 oz = 31.1 g

[chwilowe problemy w podawaniu cen bieżących]

[chwilowe problemy w podawaniu cen bieżących]

[chwilowe problemy w podawaniu cen bieżących]


[chwilowe problemy w podawaniu cen bieżących]

Indeks akcji złota HUI, 6m
[chwilowe problemy w podawaniu indeksu HUI]

Rynki dzisiaj





Archiwa 2GR

Nasi znajomi

Autor: cynik9 - 15.05.08

Yahoo przeblefowało

czyli kłopoty z percepcją rzeczywistości

Bloomberg doniósł na początku maja że Microsoft wycofał swoją ofertę przejęcia Yahoo, które nie zgodziło się ostatecznie na zaoferowaną cenę $33/akcję. Yahoo domagało się $37/akcję.

Z jednej strony cieszy nas fakt że silnie zakotwiczone w Unixie Yahoo zachowa, przynajmniej na razie, niezależność, nie dając się wchłonąć kulturze Windows. Czyli raczej brakowi kultury… No bo czy na przykład konieczność rebootowania peceta ze dwa razy na dzień nie jest przejawem braku kultury technicznej u architektów jego systemu operacyjnego? Nie mówiąc już o lekceważeniu użytkownika. Być może nowego systemu operacyjnego Windows Vista tak często rebootować nie potrzeba, ale tego już w DwuGroszach sprawdzać nie będziemy… Wy-boot-owaliśmy bowiem cały software Microsoftu przez okno dawno temu.

Zmieniając jednak czapkę developerską na kapelusz inwestora wydaje się że zarząd Yahoo popełnił błąd. Grał w pokera, i przegrał *big*. Owszem, fuzja oznaczałaby prawdopodobnie wchłonięcie kompanii przez dużo większego rywala, i to najpewniej bez śladu. Założyciela i prezesa Yahoo, Yanga, perspektywa ta z pewnością nie elektryzowała. Jednak myślimy że dla inwestorów Yahoo przejęcie kompanii przez Microsoft byłoby korzystne a oferowana cena była fair. Inwestorzy zresztą nie pozostawili w tej mierze żadnych wątpliwości – od pierwszej wzmianki o ofercie na początku lutego akcje Yahoo zyskały blisko 50%. No, to się nazywa zbiorowe “tak”! Teraz prawdopodobnie oddadzą przynajmniej ¾ z tego…

Sens proponowanej kombinacji leży w strategicznej dynamice trójkąta Microsoft (MSFT)- Google(GOOG)- Yahoo(YHOO) i zależny jest od percepcji dalszego rozwoju wypadków. Microsoft stworzył przemysł komputerów osobistych i pod względem byznesowym odniósł olbrzymi sukces. W sukcesie tym uczestniczyły miliony jego akcjonariuszy na całym świecie których akcje wielokrotnie zmultiplikowały się w cenie. Od nie tak dawna MSFT też przekazuje im część zysków w postaci dywidendy.

Microsoft ma nie tylko dużo większą kapitalizację od Yahoo, $303 miliarda wobec niecałych $26 miliardów, ale jest przede wszystkim dużo bardziej rentowną organizacją. Jeden pracownik MSFT generuje na przykład przeszło $215 tysięcy dolarów czystego zysku, wobec jedynie $46 tysięcy wypracowywanych przez pracownika YHOO.

Fuzja miała naszym zdaniem sens strategiczny dla obu stron. Król “personal computing” Microsoft przespał pojawienie sie nowego medium – internetu. Mimo licznych wysiłków, w tym niezbyt czystego wyeliminowania internetowego pioniera i konkurenta Netscape internet pozostaje słabą stroną olbrzyma z Redmond. W znacznej części omija go przez to dynamicznie rosnący rynek reklam internetowych.

Z kolei Yahoo wypłynęło na fali internetu i od razu zdominowało jego najbardziej newralgiczną część – wyszukiwarki. Było w odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie. Miało zatem wszelkie atuty aby stać się nowym Microsoftem dominując internet lukratywnym monopolem na wyszukiwarkę. Tę cenną pozycję Yahoo jednak zaprzepaściło, dając sobie zjeść lunch przez zupełnie nowego gracza, który pojawił się znacznie później – Google. Yahoo zmuszone zostało do pójścia w stronę mniej atrakcyjnego modelu portalu i oraz sektora dystrybucji informacji elektronicznej. Osiągnęło w tej dziedzinie czołową pozycję i zbudowało wartościowy byznes. Nie jest to jednak rynek ani tak duży ani tak lukratywny jak kombinacja wyszukiwarki i reklam online. Swoją wielką szansę Yahoo przegrało.

Obecnie królem internetu jest niewątpliwie Google, przez którego przechodzi prawie 2/3 wszelkich internetowych wyszukiwań w USA, w porównaniu do 21% dla Yahoo i mniej niż 10% dla Microsoftu [wg. ComScore Inc.]. W skali światowej dysproporcja ta jest jeszcze bardziej widoczna, 78% rynku wyszukiwarek jest w rękach Google i tylko 12% w Yahoo. Wyszukiwarki internetowe i związany z nimi sektor reklam online są niezwykle szybko rozwijającym się rynkiem. Według przewidywań rynek ten do 2010 prawie się podwoi do ok. $80 miliardów. Kombinacja MSFT i YHOO, pomimo pokaźnej ilości pokrywających się pomniejszych usług, stanowić by mogła odpowiednią przeciwwagę dla Google (GOOG), który rynek ten absolutnie dominuje.

Odrzucenie oferty MSFT przez YHOO jest tym bardziej dziwne że od dłuższego czasu pozycja Yahoo stale się pogarszała. Kompania traciła wigor, poczucie misji i ważną w tym sektorze percepcję organizacji dyktującej trend. Traciła w związku z tym stale co lepszych pracowników do bardziej atrakcyjnego rywala w pobliskim Mountain View. Dla kompanii software’owej w Dolinie Krzemowej oznacza to na ogół początek końca. Wymownie odzwierciedlały to dryfujace na dół akcje – w ciągu 12 miesięcy poprzedzajacych ofertę Microsoftu spadły one o 32%, w rejon $19. Gdy w takiej sytuacji przychodzi Microsoft i oferuje $31, czyli 62% premię ponad wartość rynkową, naszym zdaniem czas jest rzecz łapać i to szybko. Zwłaszcza że Microsoft swoją początkową ofertę w trakcie dalszych negocjacji podwyższył do $33.

Czy to koniec historii MSFT-YHOO? Zanosi się na to że nie. Bloomberg donosi że zwabiony zapachem krwi do basenu wypłynął właśnie rekin któremu, podobnie jak DwuGroszom, nie podoba się utrącenie dobrej oferty MSFT. Rekinem tym jest znany “corporate raider” i miliardowy inwestor Carl Icahn, który ujawnił że posiada pozycję w YHOO wartą $1.6 miliarda i rozważa zwiększenie jej o $900 milionów. Zagroził też perspektywą tzw. “proxy war”, czyli przejęcia steru kompanii przez inny zarząd popierany przez akcjonariuszy. Icahn to stary lis. Nie chodzi mu oczywiście o przejmowanie czegokolwiek lecz o to aby Jerry Yang się na czas opamiętał i nie zdmuchnął takiej okazji. Bo następna oferta dla YHOO może być nie po $33 za akcję ale po $3.

©2008cynik9

Share

9 komentarzy do: Yahoo przeblefowało

  • Marek

    hehe “Głosuj na naszą partie – My używamy linuxa, głosuj na wolną Polskę” :D

  • n1

    Czy każdy wolnościowiec to musi być unixowiec? :-)

  • Cynik9

    @Funt: Funtem nie zajmowaliśmy się szerzej dotychczas, a warto by zajrzeć… podejrzewam że {goldbug} może mieć rację z brakiem przekonywujących powodów do wzmocnienia się…

    Być może punktem zwrotnym dla funta będzie wydarzenie polityczne – np. odrzucenie akcesu do euroimperium? Nie wiem czy z referendum już zrezygnowano czy jeszcze ktoś tam myśli?…

  • goldbug

    Nie oczekuj umacniania się funta. Przeciętne zadłużenie obywatela UK jest nawet większe niż Amerykanina. Problem na rynku nieruchomości jest też większy niż w stanach i z całą pewnością po Northern Rock będą kolejne problemy z sektorem bankowym w UK. To oczywiście będzie skutkowało dalszym rozwiązywaniem poprzez nacjonalizację, a co za tym idzie tworzenia funtów z powietrza i osłabiania tej waluty. Funt jest tak samo “doomed” jak i dolar.

  • Anonymous

    moze spojrzenie na GBPPLN technicznie:

    http://img253.imageshack.us/my.php?image=gbpplnqc8.png

    teraz jestesmy na slabym oporze, pewnie troche szarpania bedzie.
    Jednak tak ‘na oko’ byc poziom odbicia jest gdzies na poziomie od 3.9 do 3.7 – w tym poziomie GBPPLN szarpal sie caly 1995 rok.
    GBP jest mocno powiazana z USD, a jak Cynik napisal PLN bedzie raczej kontynuowala rajd.
    Z tym, ze gwarancji oczywisicie nie ma.

  • Anonymous

    Witam! Wiele Pan pisze ,Szanowny Cyniku, na temat możliwego rozwoju sytuacji na rynkach walutowych.Czy mógłby Pan rzec też choć jedno słowo odnośnie,jakże ważnego dla wielu z nas,brytyjskiego funta?
    Kłania sie stały czytelnik.Pozdrowienia

  • Cynik9

    @grzegorz: angielskie słowo “president” w odniesieniu do firmy lub organizacji oznacza PREZESA, a nie prezydenta.

    Yeah, dobrze prawi… zaraz poprawimy. Dzięki.

  • Grzegorz

    Cyniku, tylko błagam – nie popełniaj błędu niedouczonych tłumaczy, dla których “red tape” to jest czerwona taśma, bo angielskie słowo “president” w odniesieniu do firmy lub organizacji oznacza PREZESA, a nie prezydenta. Firmy nie mają prezydentów. Kropka.
    Jestem naprawdę fanem tego bloga, ale język mnie razi. Jak już coś robić, to porządnie, jak pisać po polsku, to po polsku, a nie polskawemu.
    Pozdrowienia,