Cóż, he says it all… Euro imperium wtłaczane na siłę w gardła narodom Europy przez brukselskie elity stymuluje jedynie opór i postawy skrajne. Trafne porównanie wyborów greckich 2012 do niemieckich 1932, ilustrujące kolaps środka i zyski ekstremy po obu skrzydłach. Dalszy komentarz chyba zbędny…
Dolmades, ryżowe rolki owijane w liście winorośli, są przysmakiem greckim znanym w całej Europie. Tym bardziej dziwi że dolmades sprzedawane w Szwajcarii są akurat produkcji tureckiej a nie greckiej, a więc tradycyjnego wroga i konkurenta z którym Ateny mają na pieńku od co najmniej paru wieków. Jak jest to możliwe? To przecież prestiżowa porażka granicząca z potwarzą, coś jakby oscypki „made in Germany” spod Hamburga. Mówi to sporo o stanie zapaści gospodarki greckiej, przypominającym obecnie spadek swobodny. Tym którzy wciąż myślą że skończy się to wszystko happy-endem przypomnimy że tak samo myślał melon na wysokości dziesiątego piętra spadając z dachu wieżowca…
Diagram obok przedstawia produkcję przemysłową w Grecji, tempo zmiany rocznej (h/t, ‘Not Jim Cramer‘). Ostatni raz rosnącą produkcję widziano w tym kraju w roku 2007. Jeśli samo to nie jest wystarczającym sygnałem dla polityków aby wyciągnąć wreszcie wtyczkę z kontaktu i zrobić to co trzeba w interesie narodu i państwa – zdrowo zbankrutować wycofując się z euro i z EU – to nie bardzo wiadomo co jeszcze może tym być.
Konfrontacja socjalu ze ścianą (Dlaczego grecki socjał musi paść) będzie bolesna ale będzie to też zabieg konieczny aby uniknąć dalszych niepotrzebnych iluzji o życiu na koszt innych. Będzie to też doskonałe memento dla socjalu gdzie indziej.
Ból wymuszonego powrotu do rzeczywistości będzie jednak bólem zbawiennym. Kraj po ciężkim okresie przejściowym w czasie którego pozostanie banitą z tzw. rynków kapitałowych stanie w końcu na nogi i zacznie rosnąć. Uniknie tym losu wiecznego niewolnika banksterskiej międzynarodówki i statusu permanentnego protektoratu EU, takim jakim dla USA jest Porto Rico.
Tymczasem, jak to bywa w demokracji, niedawne wybory usunęły wprawdzie głównego zwolennika zaciskania (cudzego ;-) pasa socjalistę Vanizelosa ale nie wyłoniły definitywnego zwycięzcy. Procentowo największe zyski zanotowali skrajni socjaliści Tsiprasa z partii SYRIZA którzy stali się drugą najsilniejszą partią.
Skrajni socjaliści SYRIZA odrzucają dyktat EU i zniewolenie kraju i mają w tym niewątpliwą rację. Mają ją też odrzucając koalicję ze skompromitowanym PASOKiem Vanizelosa i Nową Demokracją (czemu nową? to stara już nie starcza?) Samarasa aby potakiwać w niej defacto stopniowemu ubezwłasnowolnieniu i demontażowi kraju przez EU.
Inna sprawa że SYRIZA Tsiprasa ma szereg interesujących propozycji rozwiązania kryzysu bez których spróbowania lud grecki nigdy nie dowie się co stracił nie dając socjalistom z SYRIZA szans na rządzenie. Zanosi się na szczęście na kolejne wybory w których SYRIZA może liczyć na ponad ¼ głosów i dominację w rządzie.
Oprócz wyrwania się z objęć bankierskiej mafii, podarcia w strzępy wymuszonych układów z „troiką” i ogłoszenia moratorium na spłatę długów propozycje SYRIZY zawierają szereg rozwiązań nowatorskich które warto wypróbować. Wymienić wśród nich należy natychmiastowe odkręcenie redukcji pensji i emerytur urzędniczych oraz dodanie nowego, stutysięcznego korpusu nowych urzędników do istniejącej już armii 600,000 (Nocne Greków szepty). Jak widać, sukcesy premiera Tuska w dalekiej Polsce są tam pilnie obserwowane. Na zrealizowanie tych obietnic SYRIZA ma jednak tylko 6 tygodni, bo potem (cudza) kasa się kończy i kraj jest formalnie bankrutem. Chyba że siła socjalistycznych ideałów jest tak wielka że nowi urzędnicy, ramię w ramię ze starymi, będą dalej budować socjalizm pod Akropolem za friko. Na to jednak w dzisiejszych, materialistycznych czasach trudno liczyć.
Nestor socjalistów greckich Manolis Glezos zaszokował w związku z tym swoich rodaków przypuszczeniem że SYRIZA w wypadku dojścia do władzy skonfiskuje wszystkie depozyty bankowe powyżej 20,000 euro. Byłoby to niewątpliwie zgodne z typowymi działaniami dogorywającego socjalu który dobijając do ściany łapie się przysłowiowej brzytwy. Ale tego właśnie może Grekom potrzeba… (Czy socjalizm grecki zbankrutuje unijny)
Wątpmy jednak w 2GR czy jakiś depozyt bankowy powyżej tej sumy zachował się jeszcze w Grecji, nie udając się wcześniej w podróż do mniej socjalistycznej a bardziej przyjacielskiej jurysdykcji. Tej na przykład gdzie sprzedawane dolmades są tureckie, a nie greckie… Być może jedynym takim depozytem który został jeszcze w Grecji jest ten należący do samego Glezosa który w wieku 89 lat mógł o nim po prostu zapomnieć.
Z związku ze zbliżającymi się mistrzostwami Europy w piłce nożnej Euro2012 mnożą się narzekania że wszystko jest źle i że impreza nie ma żadnych pozytywnych stron. Niektórzy nawet stracili głowę do tego stopnia że w przeddzień imprezy nawołują do popełnienia grupowego finansowego harakiri w postaci bojkotu Ukrainy, w końcu partnera we wspólnym biznesie.
Długo by się rozwodzić czy mądrze było wybierać sobie takiego akurat partnera z którym się potem poszło do łóżka. Skoro jednak raz już się w nim jest to trzeba zmysły postradać aby strzelać sobie w stopę rozważając bojkot wspólnej imprezy. Jest rzeczą zrozumiałą że nie skazani jeszcze aferzyści i aferzystki wszystkich krajów łączą się w obronie jednej z nich już prawomocnie skazanej, ale biznes jest biznesem i mamy w nim sporą stawkę. Nawet jak biznes okaże się klapą, w co zresztą trudno wątpić, to każde ograniczenie tej straty jest również cenne. Ci którzy podnoszą sponsorowany z zagranicy jazgot o bojkocie w przededniu otwarcia imprezy najwyraźniej nie rozumieją że każdy cień rzucony na Ukrainę teraz oznacza jedynie odstraszenie większych rzesz płacących kibiców od całej imprezy i w rezultacie własną stratę ekonomiczną, nie mówiąc już o stracie wizerunku. Nie ma natomiast żadnych przeciw wskazań aby międzynarodówka nie skazanych jeszcze aferzystów swój bojkot Ukrainy rozpoczęła zaraz po finale w Kijowie.
Nie można też zbytnio narzekać że dla Polski Euro2012 nie ma żadnych pozytywnych stron, bo przecież tak nie jest. Niewątpliwie pozytywną stroną jest na przykład ukazanie czarno na białym kiepskiej jakości państwa i jego niedowładu organizacyjnego. Jest to cenne ponieważ często umyka to z pola widzenia pod naporem rządowej propagandy sukcesu, nie gorszej niż gierkowska. Mimo wszystkiego za – od nieograniczonych środków z EU na autostrady i koleje po świetny pretekst do ich wydania w postaci organizacji wielkiej paneuropejskiej imprezy – państwo nie potrafiło zmobilizować się i zrobić choć jedną porządną autostradę od granicy do stolicy. Nie gotowy kluczowy odcinek między Łodzią a Warszawą jest po prostu smutnym świadectwem stanu państwa którego nie stać nie tylko na symboliczne chociaż wyciągnięcie konsekwencji wobec winnych, ale które w dodatku nagradza za to grabarczyków polskich autostrad fuchami w sejmie.
Narzekanie na budowę stadionów na Euro2012, każdy o stopniu użyteczności równej piramidom egipskim, i przekręty z tym związane, można sobie darować. O to w końcu chodziło od początku, to było wkalkulowane, poza tym stało się, było, minęło. Po rozegraniu trzech słynnych meczów stadion narodowy ponownie popadnie w ruinę i dopiero powracający tam po 10 latach handlarze nadadzą mu dawnego życia i dawnego biznesowego wigoru. Przechrzczą go też pewnie z tej okazji z powrotem na stadion Dziesięciolecia…
O ile jednak budowa stadionów była rodzajem koniecznej opłaty na organizację imprezy o tyle sama impreza miała być pretekstem i katalizatorem do gruntownego unowocześnienia i rozwoju infrastruktury komunikacyjnej kraju. Na definitywne dobicie tym samym do Europy i na stworzenie czegoś co pozostanie. To nie zawsze jest celem takich imprez. Najczęściej bywa nim po prostu zarabianie na istniejącej infrastrukturze i szeroko pojęta promocja kraju. Tak było w łącznie organizowanych mistrzostwach Euro2000 (Holandia i Belgia) czy Euro2008 (Szwajcaria i Austria), z okazji których nie była konieczna budowa ani jednego kilometra dodatkowej autostrady. No ale z tych czy innych przyczyn byliśmy w lesie i oto nadarzyła się szansa. Tymczasem za miesiąc z hakiem będzie już po imprezie i po szansie, i dalej będziemy w lesie. To czego nie zrobiono w euforii przed imprezą i przy pełnej kasie zrobić w kacu po-imprezowej recesji, przy pustej kasie i przy zaciskaniu pasa będzie znacznie trudniej.
Tutaj klapa jest szczególnie widoczna i nic tego nie zmieni. Tak cię opisują jak cię widzą. A tak cię widzą jak do ciebie wjeżdżają. Wjeżdżając objazdami po kartofliskach a nie nową, lśniącą autostradą od A do B, szanse są małe aby pierwsze wrażenie było pozytywne. Zamiast meczów Euro2012 rozrzuconych po całym kraju i planów autostradowych ponad zdolności organizacyjne państwa prawdopodobnie rozsądniejszy był plan mniej ambitny ale za to wykonalny. Skupienie się mianowicie na tych miastach które były już połączone nitką autostrady między sobą bądź które w planie absolutnego minimum mogły z rozsądną pewnością zostać połączone. W końcu rozgrywki grupowe zorganizowane są parami miast między którymi przepływ kibiców jest znaczny. Niech Ukraina stara się o własne autostrady na Euro2012, i nic nam do tego. Ale niech przynajmniej do naszych miast będzie można dojechać prosto, wygodnie i w odpowiednim standardzie, nowiutką i równą jak stół autostradą, z szykownym gościńcem czy knajpą od czasu do czasu. Jak cię widzą tak cię piszą… Na wszelki wypadek nie od rzeczy byłoby też rozgrywki zaplanować w miastach dostępnych z sieci autostrad niemieckich: Szczecin, Wrocław, Katowice, Kraków. Że Szczecin nie łączy się z resztą autostradą? Cóż, jak go panowie Tusk z Grabarczykiem nie potrafili połączyć to przynajmniej jest jeszcze wariant awaryjny przez Berlin i Drezno… ;-).
Na listę miast organizatorów nie weszłaby w takim układzie stolica, wprawdzie coraz bardziej światowa i z niezłym lotniskiem ale ciągle zbyt trudna do dostania się z granicy przyzwoitą autostradą. Nie dostałoby też piłkarskiej fuchy leżące na autostradowych peryferiach miasto „prezydenta z Gdańska”, którego jedyną szansą na przyzwoitą autostradę do stolicy pozostaje chyba tylko restytucja berlinki… ;-)
Jak wszyscy socjaliści, grecki premier Vanizelos (obok) jest świetny w zaciskaniu pasa. Byleby nie swojego. Wielu się dziwi czemu miał trudności z przekonaniem do tego swoich rodaków…
Po demokratycznych wyborach w których wyborcy go wykopali nie ma jednak większych wątpliwości że EU inaczej go trochę opakuje i znowu narzuci Grekom jako męża opatrznościowego. Proces przekształcania ojczyzny demokracji w euro protektorat typu Porto Rico musi przecież mieć swojego namiestnika który dozorowałby – jakże by inaczej – zaciskanie pasa. Ergo wyciskanie populacji na spłacanie banków niemieckich i francuskich.
Zmartwień tych nie mają na szczęście Francuzi którzy w tym samym czasie jednego socjalistę odesłali do domu wybierając drugiego. Przewaga Hollande’a nad małym Napoleonem jest zasadnicza – nie kłamie. Po pierwsze nie kłamie, jak Sarkozy, że nie jest socjalistą. Po drugie, nie kłamie, jak Vanizelos, że będzie zaciskał pasa. Nie będzie. I nie ma powodu aby mu nie wierzyć.
Nie ma także powodu aby nie wierzyć że zapamięta premierowi Tuskowi afront jako go spotkał kiedy demonstracyjnie nie został przyjęty w czasie kurtuazyjnej wizyty w Warszawie niedawno. Było to prawdopodobnie jedno z najgłupszych posunięć polskich ostatniej dekady. Rozumiemy że pani Angela naciskała stając na głowie aby podkopać szanse Hollande’a i ratować tym uległego jej małego kabotyna. Ale na minimalny gest samodzielności premier Tusk mógł się chyba zdobyć. Niestety, nie zdobył się i przegrał.
W tej sytuacji rozpuszczane dawniej pogłoski do których media „docierały” o możliwej dalszej europejskiej karierze pana premiera można wstawić do folderu „euro żarty”. Nominacje personalne w EU wymagają teraz zatwierdzenia przez Hollande’a. Na domiar złego dotrwanie pani Angeli do 2013 staje się coraz bardziej wątpliwe.
Czego w takim razie inwestor w tej zmienionej sytuacji powinien szukać w Europie? Przede wszystkim drzewa. Aby się na niego szybko wdrapać gdy przyjdzie tsunami świeżo drukowanego z powietrza przez socjalistów euro aby wesprzeć tym „rozwój”. Tym razem gotówka kierowana będzie bezpośrednio do tonących rządów, już bez dalszego certolenia się ani z zaciskaniem pasa ani z wartością waluty.
Od czasu jak ruszył w 1999 złoty ekspres w złocie gnał bez zatrzymania przez dwanaście lat (w US$). Czy stuknie mu trzynastka – trzynasty rok pod rząd który złoto zakończy wyżej niż zaczęło? Odpowiedź brzmi: prawdopodobnie. A jeśli nie to dla inwestora będzie to dobra okazja do uzupełnienia pozycji.
Sekularna hossa w złocie ma się dobrze i jest troskliwie pielęgnowana przez pierwszej klasy specjalistów – Bena Bernanke z FEDu i Mario Draghiego z ECB, z obiema instytucjami zaangażowanymi w masowe zwiększanie podaży pieniądza w USA i Europie, odpowiednio. Niezależnie od tego czy nazwiemy to quantitative easing czy LTRO czy też jeszcze czymś innym, faktem jest że stale więcej nadrukowanych dolarów czy euro przypada na jedną uncję fizycznego złota. Na rychłe systemowe rozwiązanie kryzysu nadmiernego zadłużenia i fiat money czego jest on wynikiem się nie zanosi. Wymagałoby to daleko idących zmian samego systemu, do czego kartel bankowy dopuści tylko w ostateczności.
Tak daleko jeszcze nie jesteśmy. Deklaracje Bernanke utrzymania zerowych stóp procentowych do końca 2014, obliczone na wywołanie określonego efektu, wskazują jednak wyraźnie że stress na systemie wzrasta. Wraz z nim wzrasta desperacja rządów aby rozpadający się system utrzymać przy życiu jak najdłużej. Kontynuacja sekularnej hossy w złocie przez najbliższe kilka lat wydaje się więc zapewniona, choć nie wyklucza to rzecz jasna normalnej korekty od czasu do czasu, czy nawet negatywnego roku.
Mówiąc o perspektywach złota należy rozróżnić między mainstreamową perspektywą średnioterminową a uwarunkowaniami długofalowej inwestycji w złoto fizyczne. Mainstreamowe podejście, najlepiej być może artykułowane przez firmę analityczną GFMS która wyszła ostatnio w kolejnym raportem rocznym, mówi o umiarkowanie pozytywnym dla złota roku 2012. Nie za gorącym, nie za zimnym, składających się w średnim terminie na scenariusz który zadowoli największą część klienteli.
I tak po stronie plusów GFMS widzi dalej rosnący popyt inwestycyjny na złoto, napędzany masowym drukiem pieniądza wszędzie i obawami inflacyjnymi. W 2011 popyt inwestycyjny na złoto fizyczne firma szacowała na 1543 tony, co stanowi wzrost o 30% wobec 2010. W roku 2012 tempo wzrostu powinno się utrzymać co stawia popyt inwestycyjny w rejonie około 2000 ton. Innym plusem jaki widzi GFMS jest nasycająca się podaż złota z odzysku, który jest drugim składnikiem podaży. Ciekawe jest że w zasadzie tylko w Europie podaż złota z odzysku zwiększyła się znacząco, na co prawdopodobnie wpływ miał panujący tu kryzys. Wreszcie banki centralne rzuciły w końcu ręcznik na ring i po dekadach sprzedawania złota stały się od kilku lat jego netto odbiorcami, i to ostatnio w wielkim stylu. Zakupy złota z tego sektora wzrosły rok-do-roku o blisko 500%, z bankami centralnymi krajów BRICs odpowiedzialnymi za gros tego wzrostu. Dawna solidarność banków centralnych w długotrwałej presji na ceny złota poprzez systematyczne wyprzedaże wielkich ilości jest przeszłością.
Po stronie negatywów dla złota, choć zależy to mocno od mainstreamowego widzenia świata, wymienić można również kilka. GFMS reprezentuje tutaj optykę dealera w surowcach patrząc zbyt schematycznie, naszym zdaniem, na kwestie popytu i podaży. Złota wydobywa się na świecie tyle a tyle, aktualnie jego produkcja wzrosła w 2011 o 2.8% i w 2012 wzrośnie dalej o przewidywane 3%. Dodać do tego stagnującą się produkcję z odzysku i mamy lekko rosnącą podaż całkowitą złota która żywi globalny popyt z przemysłu (niewielki) i z sektora jubilerskiego.
Różnica między nimi to tzw. „surplus” który wchłonąć ma wspomniany wcześniej popyt inwestycyjny. Z popytem z sektora jubilerskiego aktualnie malejącym w 2011 o 2.2% GFMS zastanawia się czy sam wzrastający popyt inwestycyjny wzrośnie wystarczająco aby tę zwiększoną podaż zrównoważyć. Oznaczałoby to że aby utrzymać ceny na dotychczasowym poziomie świat musiałby zainwestować w złoto ok. $130 mld. Kopalnie złota przez ostatnie lata zredukowały swoje księgi hedgingowe, na których trzymały niegdyś prawie 3000 ton złota, do blisko zera. Skutkiem tego na dodatkowy popyt z tej strony nie ma już co liczyć. Odwrotnie, ewentualny powrót do hedgowania produkcji na możliwe spadki przez producentów oznaczałby że przemysł wydobywczy ze źródła popytu stać się może raczej źródłem podaży.
Zestawiając te plusy i minusy dla złota GFMS wychodzi z raczej salomonowym werdyktem. Złoto w 2012 ma być średnio po $1731/oz, wahając się w przedziale od $1530 do $1920 za uncję. Rajd w kierunku $2000 jest zdaniem GFMS prawdopodobny, z pierwszą połową 2012 bardziej prawdopodobną niż druga.
* * *
Wszystko to może się sprawdzić. Przewidywania te wydają się nam jednak w sumie trochę szkolne, i nie tyle o konkretne liczby tutaj chodzi ile o samą naturę złota. Otóż złoto jest rzeczą specjalną, odmienną od każdego innego minerału. Złoto mianowicie po prostu jest, i to jest zawsze. Gdzieś złożone czy zakopane, w posiadaniu kogoś kto je może chcieć sprzedać po danej cenie lub nie chcieć. Nie rdzewieje, nie paruje, nie gnije, nie jest spalane tak aby trzeba było je uzupełniać. Dlatego też uważamy że tradycyjny model przytaczający podaż „nowego” złota i pewien na nie popyt może nie być w przypadku złota zupełnie adekwatny. Nie znaczy to że prawo popytu i podaży przestało akurat obowiązywać w złocie. Tak nie jest. Twierdzimy jednak że w związku ze specyfiką złota które zawsze jeststrony równania popytu i podaży zachowują się inaczej niż w innych surowcach.
Zróbmy mały eksperyment myślowy. Co by się stało z ropą naftową gdyby przez rok świat przestał ją pompować? Odpowiedź jest jasna – jej cena skoczyłaby do stratosfery. A co by się stało gdyby świat przestał przez rok wydobywać miedź? To samo, miedź wystrzeliłaby do stratosfery. A co by się stało gdyby świat urządził sobie rok wakacji i przez rok przestał wydobywać złoto?
[pełny tekst wpisu dostępny jest na witrynie twonuggets.com]
Janusz Korwin Mikke: "Znakomity blog! ...naprawdę znakomity wpis – lepszy, niż ja bym na ten temat napisał. Ja wiem, że część z Państwa sądzi, że nikt tak dobrze nie pisze, jak JKM. Otóż zajrzyjcie tam Państwo – a przekonacie się, że są tacy ludzie! To ja z tej okazji dziś nic więcej nie napiszę..."
dr.Robert Gwiazdowski: "cynik9 'lobbuje'... Problem w tym, że cynik9 zazwyczaj ma dobre 'rozeznanie' - w odróżnieniu od Premiera.."
"... Zainteresowanym polecam, (zresztą jak cały blog cynika9)
Gazeta prawna: "... Nie mam zamiaru przekonywać nikogo do tego bloga, ale tak naprawdę nie znam osoby (niezależnej) z takim wyczuciem sytuacji."
forum alfapomorze.pl "Muszę powiedzieć, że facet ma niesamowite wyczucie. Czytam go od ok. 2 lat i gość się jeszcze nie pomylił... Jest poza main-streamem i daje szanse pomyśleć samodzielnie o finansowej przyszłości. Uprzedzam z góry, że jest liberałem kto nie lubi niech nie wchodzi..."
IV RP: "Rewelacja! Jestem stałym czytelnikiem od ponad roku i na wiele, niby oczywistych spraw otworzyły mi się oczy."
forumowisko: " Jedyny blog, jaki regularnie czytam... mądre, ciekawe, niebanalne i z jajem... "
forum mecz.pl:
"...wszystkim, którzy jeszcze nie mają jego bloga w zakładce ulubionych, polecam nadrobić zaległości. Jeden z moich ulubionych blogów, mało gdzie można przeczytać tak ciekawe informacje, podpowiedzi, komentarze i kulisy, o których cisza w mainstreamie"
forum eufi.org:
"... o alternatywnym inwestowaniu (z dala od głupków i doradców z tv) to mogę polecić jedyny i słuszny blog. ...nacisk głównie na rzeczy namacalne - nieruchomości, surowce (platyna, srebro, złoto), czasem jest też przedstawiony(z gazety) jakiś przekręt...".(:-D)
Ostatnie komentarze